Wicepremier, minister, liczni posłowie, a nawet szef GITD – wszyscy oni zostali przyłapani na zbyt szybkiej jeździe. Niektórzy niemal dwukrotnie przekroczyli dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym. Oprócz dobitnego potępienia obłudy tych polityków wypadałoby dostrzec również pozytywną stronę ich występków. Swoim zachowaniem na drodze wyraźnie potwierdzili, że prawo drogowe mija się zbyt często z faktycznym stylem jazdy i zwyczajami polskich kierowców. Skoro nawet osoby uchwalające przepisy i czuwające nad ich przestrzeganiem nie są w stanie ich uszanować, to może nie tyle z tymi osobami, ile z samymi przepisami jest coś nie tak?

Według danych, jakimi posłużył się jeden z senatorów w celu uzasadnienia stawiania licznych fotoradarów, dopuszczalną prędkość w miastach przekracza 79 proc. kierowców. Poza terenem zabudowanym – 70 proc. Obserwując codzienny ruch na polskich drogach, można by śmiało powiedzieć, że liczby te są i tak zbyt niskie, bo w rzeczywistości pewnie ponad 90 proc. z nas łamie regularnie przepisy, szczególnie te dotyczące szybkości, często nawet o tym nie wiedząc.ograniczenie

Jedna z posłanek, znana z pracowitego wytwarzania bubli prawnych, skarżyła się, że według badań aż 99,97 proc. kierowców nie zatrzymuje się przed zieloną strzałką. To zapewne prawda. Jednak zamiast zmienić prawo i znieść nakaz zatrzymywania pojazdu za każdym razem i spowalniania ruchu, pani poseł domaga się… likwidacji zielonych strzałek.

Nieracjonalne przepisy, surowe karanie kierowców za błahe przewinienia oraz zbyt rygorystyczne limity prędkości, które ograniczają ją do wartości sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem – oto główne przyczyny narastającego braku szacunku dla prawa drogowego i masowego łamania go. Jest to bardzo niebezpieczne zjawisko. Ignorowanie prawa w jednej dziedzinie może bowiem zacząć stopniowo rozprzestrzeniać się na inne. Jak więc temu przeciwdziałać? To poważny problem, ale jedna z odpowiedzi nasuwa się sama. Limity prędkości powinny odzwierciedlać styl jazdy i obyczaje ok. 85 proc. wszystkich kierowców (pomijając 15 proc. zbyt szybkich, prawdziwych piratów), a nie widzimisię anonimowego urzędnika. Prędkość, z jaką porusza się znaczna większość uczestników ruchu, jest optymalnym kompromisem między bezpieczeństwem a sprawną i wydajną jazdą.

Jednym z bardziej znanych przykładów błędnych ograniczeń jest zbyt pochopne oznaczanie odcinków dróg znakiem D-42, czyli „obszar zabudowany”. Każdy z nas zna takie miejsca, w których nawet radiowozy nie zwalniają do przepisowych 50 km/h. Co ciekawe, geniusze z europarlamentu chcieliby ograniczyć prędkość w terenie zabudowanym w całej Unii Europejskiej do… 30 km/h. Strefy z tak niskim limitem wprowadzane są ochoczo już dziś w postępowych miastach, takich jak Gdańsk, Kraków czy Poznań.

Obserwując tego rodzaju propozycje legislacyjne, można odnieść wrażenie, że władza – w imię bezpieczeństwa naturalnie – pragnie przykręcić jeszcze mocniej śrubę kierowcom. Niech się tylko później nikt nie dziwi, że szacunek dla prawa wśród nich zanika, a frustracja narasta.